Mapa strony


DEPORTACJE
Z ZIEM POLSKICH DO ZSRR 1940-1941
LOSY POLAKÓW
W GŁĘBI ZSRR


Deportacje 1940-1941

Stan badań

Przebieg deportacji

Liczba deportowanych

Narodowość deportowanych

Status deportowanych

Rozmieszczenie zesłanych

Straty

Charakterystyka deportacji

W spiecposiołkach

Deportacje

Mieszkanie

Ubranie

Wyżywienie

Praca

Tzw. amnestia

Egzystencja w ZSRR

Wyżywienie

Ubranie

Zakwaterowanie  

Syberia w oczach Polaków

W Kazachstanie

Z Ukrainy w 1936 r.

Deportowani 1940-1941


Strona główna

Historia Rosji i ZSRR

Konflikt rosyjsko-czeczeński

System represji w ZSRR

Masowe deportacje w ZSRR

Deportacje Polaków do ZSRR

Polacy w Kazachstanie

Wschodnie losy Polaków

Kresy Wschodnie

Przesiedlenia Polaków z ZSRR

Dzieje myśli politycznej

Z najnowszych dziejów Polski

Z dziejów Wrocławia


Moje publikacje



WARUNKI MIESZKANIOWE
POLAKÓW DEPORTOWANYCH DO ZSRR
1940-1946



Jeden z najważniejszych czynników określających położenie polskiej ludności na zesłaniu stanowiło zakwaterowanie. Zasadnicze znaczenie miał sam dach nad głową, miejsce noclegu i przygotowania posiłku. W sytuacji oderwania od ojczyzny i środowiska, w którym się wcześniej żyło rosła jednak waga mieszkania jako schronienia przed obcym, często wrogim otoczeniem, jako miejsca mającego zapewnić odrobinę poczucia izolacji od opresyjnej rzeczywistości. W pewnym sensie miało też pełnić rolę namiastki Polski. Te jednak funkcje kwatery zesłańców pełnić mogły w nader ograniczonym zakresie. Tylko niewielka część deportowanych uzyskała samodzielne mieszkania lub choćby izby, zapewniające minimum intymności i poczucia bezpieczeństwa. Większość musiała współegzystować z innymi rodzinami, z miejscową ludnością różnych nacji, na ogół przy znacznym zagęszczeniu.

Warunki mieszkaniowe polskich zesłańców, ogólnie bardzo złe, były zróżnicowane w zależności od położenia geograficznego i przynależności do określonej kategorii zesłańczej. Odmiennie kwaterowani byli specjalni osiedleńcy, z reguły grupowani w barakowej zabudowie specjalnych osiedli, a inaczej mieszkali administracyjnie wysłani do Kazachstanu, którzy trafili do rosyjskich, ukraińskich, bądź kazaskich osad. Poważny rolę odgrywała także lokalna sytuacja w poszczególnych miejscowościach, osiedlach i przedsiębiorstwach zatrudniających deportowanych.

Wraz z decyzją o pierwszej wielkiej deportacji, obejmującej tzw. osadników i leśników, zobowiązano Ludowy Komisariat Przemysłu Leśnego ZSRR (tzw. Narkomles) - ponoszący główną odpowiedzialność za wykorzystanie deportowanych jako siły roboczej - do przygotowania kwater dla specjalnych przesiedleńców. Rozporządzenie Rady Komisarzy Ludowych ZSRR z 29 grudnia 1939 r. głosiło m.in.: "Przydział pomieszczeń mieszkalnych i obsługę komunalno-bytową specjalnych przesiedleńców-osadników realizuje Narkomles ZSRR według norm ustanowionych dla robotników przemysłu leśnego. Każdej rodzinie specjalnego przesiedleńca-osadnika przydziela się przy tym osobny pokój lub wydzielone miejsce w baraku według wyliczenia nie mniej niż 3 m2 powierzchni mieszkalnej na 1 osobę". Prace przygotowawcze prowadzone przez przedsiębiorstwa leśne były kontrolowane przez lokalne ogniwa NKWD. Ujawniano w związku z tym poważne opóźnienia i niedociągnięcia w remontach starych baraków mieszkalnych i w budowie nowych, co z kolei skutkowało ciągłymi zmianami w planach rozsiedlenia deportowanych. Rozmieszczanie i zakwaterowanie tzw. osadników i leśników przebiegało ze znacznymi trudnościami, których skutki najdotkliwiej odczuwali sami zesłańcy. W sprawozdaniu przedstawiającym ten proces, skierowanym do Ł.Berii w kwietniu 1940 r., naczelnik Oddziału Osiedli Pracy GUŁag NKWD ZSRR pisał: "W obwodzie archangielskim ze względu na brak powierzchni mieszkalnej w większości "posiołków" osadnicy rozmieszczeni są po 2-3 rodziny w jednym pomieszczeniu lub 15-20 rodzin w barakach nie podzielonych na pokoje. Powierzchnia mieszkalna nie przekracza średnio 1-2 metra na człowieka. Ustawienie łóżka dla każdej osoby ze względu na stłoczenie nie jest możliwe. Takie samo jest położenie w szeregu posiołków Kraju Krasnojarskiego, obw. kustanajskiego, omskiego i in." Podobne informacje znajdowały się w sprawozdaniach Wszechzwiązkowego Zjednoczenia Gospodarki Leśnej i Kolejowych Zakładów Obróbki Drewna "Coles". Normatywny przydział powierzchni mieszkalnej pozostał więc wszędzie na papierze, nie mówiąc już o oddaniu do dyspozycji poszczególnych rodzin osobnych pomieszczeń. Sygnały o dramatycznej sytuacji mieszkaniowej oraz sanitarnej, które docierały do najwyższych władz NKWD, a stąd w raportach Berii do Stalina i Mołotowa, spowodowały podjęcie w kwietniu 1940 r. decyzji mających spowodować poprawę sytuacji. Zalecono m.in. budowę nowych obiektów mieszkalnych, których łączna powierzchnia w samym obwodzie archangielskim wynieść miała co najmniej 50 tys. m2 . Z informacji kierownictwa zjednoczenia "Coles" wynikało wszakże, iż przydzielone środki nie stwarzały możliwości skutecznego rozwiązania problemu mieszkaniowego: dla przyjętych przez to zjednoczenie tzw. osadników należało zbudować pomieszczenia o wartości 12 mln rubli, zaś uzyskano na ten cel kwotą o połowę mniejszą. Niemniej latem i jesienią 1940 r. zbudowano pewną liczbę nowych pomieszczeń, co pozwoliło nieco zmniejszyć zagęszczenie w barakach i w ten sposób poprawić nadal bardzo ciężką sytuację bytową zesłańców.

Trudności z rozsiedleniem tzw. osadników i leśników były przyczyną kontrowersji na temat skierowania do przedsiębiorstw przemysłu leśnego deportowanych w czerwcu 1940 r. tzw. bieżeńców. Deklaracje o możliwości przyjęcia przez zakłady podległe Ludowemu Komisariatowi Przemysłu Leśnego 14 tys. rodzin zesłańców wydały się przesadzone nawet organom NKWD. Kontrole dowodziły, że znaczna część oferowanych pomieszczeń nie nadawała się do zakwaterowania. Z drugiej strony Ludowy Komisariat Hutnictwa Metali Kolorowych początkowo wprost odmówił przyjęcia dodatkowego kontyngentu robotników. Wszystkie resorty domagały się przydzielenia odpowiednich środków finansowych na budowę pomieszczeń mieszkalnych. Dopiero po uzyskaniu stosownych zapewnień zgodziły się na przyjmowanie większej liczby deportowanych. Jedną z przyczyn tych problemów był stawiany przez NKWD warunek, by zesłańcze osiedle ("posiołek") skupiała co najmniej 100 rodzin. Według kierownictwa Ludowego Komisariatu Przemysłu Leśnego obniżenie tego progu do 30 rodzin umożliwiłoby wykorzystanie wolnych jeszcze miejsc poza istniejącymi "posiołkami". Zresztą w Komi ASRR minimalną liczbę rodzin w "posiołku" określano na 50, czyli około 250 osób. Zmniejszanie liczby mieszkańców w poszczególnych osiedlach wymagałoby powiększenia liczebności kadry NKWD i spowodowałoby zwiększenie wydatków resortu bezpieczeństwa, na co nie chciano się zgodzić. Mimo że decyzje o rozsiedleniu zesłańców zapadały parę miesięcy przed deportacją, a budowa kwater o niezwykle niskim standardzie była prosta i tania, nie zdołano przygotować odpowiedniej liczby pomieszczeń na przyjęcie tzw. bieżeńców. Przedsiębiorstwa mające jeszcze ciągle problemy z rozsiedleniem tzw. osadników nie potrafiły poradzić sobie z zakwaterowaniem kolejnego kontyngentu deportowanych. W przeznaczonym dla Berii sprawozdaniu o rezultatach rozsiedlenia deportowanych w czerwcu 1940 r. informowano np., że w obwodzie archangielskim umieszczano ich nie tylko w barakach, ale i suszarniach oraz magazynach, uzyskując przeciętnie 1,9 m2 na osobę, a w niektórych rejonach baraki znajdowały się w opłakanym stanie: dachy przeciekały, brakowało podwójnych ram w oknach, pieców, w ścianach widniały ogromne dziury. Podobna sytuacja panowała w obwodach swierdłowskim i irkuckim oraz w Kraju Krasnojarskim. Niejednokrotnie wiele tygodni mijało nim udało się przydzielone budynki doprowadzić do stanu używalności. Z kolei w dokumencie przekazanym Stalinowi i Mołotowowi szef NKWD informował, iż "we wszystkich spec. osadach Kraju Ałtajskiego nie przygotowano baraków na zimę: nie zbudowano pieców, nie oszklono okien. Podobnie wygląda sytuacja z remontem baraków w obwodach swierdłowskim, mołotowskim, jarosławskim, wołogodzkim, irkuckim, Kraju Ałtajskim i Komi ASRR". Brak baraków powodował, że bieżeńców tymczasowo dokwaterowywano do domów miejscowej ludności lub trzymano kilka dni pod gołym niebem. Niekiedy budowali oni sobie, do czasu postawienia baraków, prowizoryczne szałasy lub ziemianki. Spora część tzw. bieżeńców znalazła zakwaterowanie w tymczasowych letnich pomieszczeniach, zaś równocześnie resorty leśnictwa i metali kolorowych nie wykorzystywały w pełni środków przyznanych na wznoszenie nowych pomieszczeń. 21 września 1940 r. terenowym Zarządom NKWD zostało wydane polecenie sprawdzenia przygotowań do zimy i zastosowania w tym względzie nieodzownych środków. Skutkiem tych posunięć miała być pewna poprawa sytuacji w niektórych obwodach: np. w obwodzie omskim dzięki wybudowaniu nowych baraków w kilku osadach powierzchnia mieszkalna przypadająca na 1 osobę wzrosła z 1,2-1,6 m2 do 3,3-4,3 m2 . Wiele z centralnych pozostawało jednak na papierze. Wynikało to nie tylko z braku materiałów budowlanych i środków finansowych. Już od września 1940 r. dla przedsiębiorstw leśnych sprawą najistotniejszą były przygotowania do sezonu zimowego. Bytowe sprawy zesłańców spychano zatem na margines.

W systemie organizacyjnym specjalnych osiedli przy określaniu potrzebnej powierzchni mieszkalnej i rozdysponowywaniu kwater podstawową jednostką była rodzina. Poszczególne rodziny otrzymywały przydział do konkretnych budynków i pomieszczeń, ale już sami musieli martwić się o zagospodarowanie w nich. Gdy do dyspozycji były baraki bez oddzielnych pomieszczeń, z większymi salami ogólnymi, etap zakwaterowywania ulegał uproszczeniu. W jednej z osad w obwodzie archangielskim wyglądał on następująco: "Było tam sześć czy siedem baraków, a rodzin chyba z sześćdziesiąt. Komendant wyczytał kto jest przydzielony do jakiego baraku i kazał Ťrozgościć sięť".

Regulamin osad specjalnych określał ich wielkość na 100-500 rodzin (czyli ok. 500-2500 osób). Przeważały, jak się wydaje, osady mniejsze, liczące po kilka baraków, ale istniały i takie, w których było ich ponad dwadzieścia. W "posiołku" poza barakami mieszkalnymi znajdowały się zazwyczaj jeszcze inne zabudowania, przede wszystkim baraki tzw. ogólnego przeznaczenia. Poczesne miejsce zajmował budynek komendantury, w którym mieszkał komendant NKWD z rodziną, oraz nieodzowny, czasami umieszczony w osobnym budynku areszt. W osiedlu znajdowała się też z reguły tzw. bania (czyli rosyjska łaźnia parowa), stołówka, sklepik sprzedający głównie przydziałowy chleb. W zależności od wielkości "posiołka" mogły się tam mieścić (czasami uruchamiane stopniowo) piekarnia, szkoła, żłobek-przedszkole, warsztaty, świetlica, tzw. kantora (biuro) oddziału przedsiębiorstwa leśnego, stajnia lub garaż, punkt felczerski oraz domy miejscowej ludności, pracującej w obsłudze osady.

Zesłańców lokowano najczęściej w barakach posiadających jedno czy kilka dużych pomieszczeń, albo szereg mniejszych kwater, w zasadzie przeznaczonych dla jednej rodziny. W niektórych osiedlach na zesłańców czekały mniejsze budynki składające się z jednej lub dwóch izb mieszkalnych, w których umieszczano po jednej rodzinie. Wszystkie baraki oraz domki zbudowane były z surowca najłatwiej dostępnego w tajdze - drewna, zazwyczaj sosnowego. Na ogół konstrukcja ich była bardzo prosta, wręcz prymitywna. Jako budulca używano okorowanych bali łączonych na zrąb. Baraki miały najczęściej powałę 2-spadową, podbitą deskami, strop był stemplowany kilkoma palami. Szpary wypełnione były przeważnie mchem, który będąc niezłym materiałem izolacyjnym, stawał się jednak równocześnie dogodnym miejscem, w którym kryli się najbardziej dokuczliwi dla zesłańców dodatkowi lokatorzy - nieprzeliczone roje pluskiew. Jak wynika ze wspomnień zesłańczych, baraki na ogół nie miały żadnego dodatkowego pokrycia tynkiem, gliną czy wapnem. Wyposażone były tylko w kilka niewielkich okien, najczęściej pojedynczych, a więc słabo chroniących przed zimnem. Część baraków dla izolacji od podłoża, zwłaszcza w terenie podmokłym, stawiano na palach, około pół metra (lub więcej) nad ziemią. Było to rozwiązanie bardzo praktyczne także w zimie, gdyż nawet przy znacznych opadach śniegu, budynki nie były zasypywane śniegiem. Domy mieszkalne najczęściej miały jedynie dwa wejścia, po obu końcach, czasem oddzielone od wnętrza sienią.

Wiele rodzin zesłańców trafiło do baraków posiadających pojedyncze, obliczane na kilkadziesiąt osób sale zbiorowe. W pomieszczeniach takich znajdowały się zazwyczaj już zmontowane nary (prycze) z nieheblowanych desek. Prycze te, często piętrowe, miały rozmiary 2x2 metry. Rozmieszczone były po jednej lub po obu stronach baraku, pod ścianami. Miejsca w tych barakach przydzielano najczęściej według swoistego przelicznika: dwie prycze jednopoziomowe lub jedna dwupiętrowa przypadała na liczniejszą rodzinę, jedna prycza na rodzinę mniejszą. Czasem wielkie sale były dzielone prowizorycznymi przepierzeniami lub tylko zasłonami, wyodrębniającymi "kwatery" dla poszczególnych rodzin. Nie wszędzie jednak udawało się wydzielić takie kwatery, zwłaszcza w mniejszych barakach. Pomieszczenia bywały przepełnione do tego stopnia, że gdy podzielono "miejsca na narach, to dla każdego mieszkańca wypadło 42 cm szerokości nary".

Niewiele lepsza była sytuacja tam, gdzie zesłańców lokowano w barakach podzielonych na mniejsze pomieszczenia. Większe baraki składały się z 20-24 "pokojów", średnie z 12, a mniejsze miały po kilka pomieszczeń. Teoretycznie jedna izba powinna tam przypaść jednej rodzinie. W praktyce umieszczano razem nawet 2-3 rodziny liczące w sumie 8-9 osób. Dopiero z biegiem czasu to zagęszczenie zmniejszało się, sięgając średnio 4-6 osób na jedno pomieszczenie. Nieco lepiej bywało tam, gdzie zesłańców rozmieszczono w domkach po przesiedlonych w pierwszej połowie lat trzydziestych "kułakach". Domki te składały się z izby mieszkalnej, kuchni, komórki, obórki na krowę i szopy na drewno opałowe. Lokowano tam jedną większą rodzinę lub dwie mniejsze.

Niezwykle ubogie było wyposażenie zesłańczych kwater. Jedna z kobiet wywieziona do obwodu swierdłowskiego wspominała: "W jednej izbie umieszczono po 4 rodziny. Dostaliśmy po jednym łóżku na 2 osoby, jeden stół na każdą izbę i jedno krzesło na rodzinę. Żywność trzymać musieliśmy w skrzyniach własnego pomysłu". Najważniejszym i często jedynym meblem były drewniane, stojące na krzyżakach prycze. Niejednokrotnie było ich zbyt mało, a zarówno w lutym-marcu 1940 r., gdy rozmieszczano tzw. osadników, jak i w lipcu 1940 r. gdy lokowano tzw. bieżeńców, zdarzało się, że zesłańców witały nagie ściany i prycze trzeba było konstruować samemu. Rzadko kwatery wyposażone były w łóżka metalowe, jeszcze rzadziej trafiały się na tych łóżkach sienniki. Często za to liczba miejsc do spania była zbyt mała i trzeba było sypiać na podłodze lub we dwie, a nawet trzy osoby na jednym łóżku. Pościeli nie wydawano i każda rodzina dysponowała jedynie tą, którą udało jej się zabrać z domu.

W barakach, w których były sale ogólne, poza pryczami znajdowały się także stoły oraz ławy. W pokojach "rodzinnych" oprócz łóżek lub prycz trafiały się prymitywne stoły oraz 1-2 stołki. Często jednak podstawowe sprzęty musieli sporządzać sami zesłańcy.

W niektórych barakach przeznaczonych dla robotników leśnych istniały specjalne pomieszczenia przeznaczone do suszenia odzieży i walonek, w większości przypadków jednak tego typu "suszarni" nie było i odzież robocza schła w pomieszczeniach ogólnych, co potęgowało w nich zaduch i brud.

W budynkach nie podzielonych na osobne pomieszczenia, do ogrzewania służył najczęściej 1 piecyk umieszczony pośrodku sali lub 2 piece usytuowane na jej końcach. Pełniły one przeważnie również funkcję kuchni. Nagromadzenie ludzi w barakach i niewielka liczba pieców przy deficycie miejsc do gotowania powodowało, iż w niektórych "posiołkach" każda rodzina miała swój wyznaczony czas na korzystanie z paleniska. Tam, gdzie takiego harmonogramu nie wprowadzono lub nie przestrzegano, wybuchały spory i kłótnie o dostęp do kuchenki. Wspólne kuchnie znajdowały się także w brakach systemu "pokojowego". Jednak w mniejszych domkach i niektórych barakach piecyk-kuchenka znajdował się w każdym pokoju lub też jedna kuchnia przypadała na określoną, niewielką (przeważnie dwie) liczbę rodzin. Rodzinom zesłańczym brakowało odpowiedniej ilości naczyń kuchennych. Nie była to błaha sprawa, gdyż na miejscu oprócz improwizowanych naczyń z puszek nabyć można było co najwyżej gliniane garnki.

Nie jest jasna sprawa ewentualnych opłat za korzystanie z zakwaterowania w specjalnych osiedlach. Znane są przypadki pobierania opłat czynszowych za przydzielone zesłańcom pomieszczenia. W Diegtiarsku (obwód swierdłowski) czynsz za dużą izbę z kuchnią do osobistego użytku wynosił 18 rb miesięcznie wraz z opłatą za światło elektryczne. Opłaty pobierano od zesłańców, którzy mieszkali w oddzielnych pomieszczeniach, zdarzało się jednak, że kierownictwa przedsiębiorstw egzekwowało go również za wspólne sale. Czynsz, a także raty kredytu budowlanego musieli uiszczać zesłańcy przenoszeni do nowo wybudowanych domków lub baraków o nieco wyższym standardzie.

Zesłańcy osiedleni na terenach bezleśnych musieli zamieszkać w ziemiankach, niekiedy własnoręcznie wybudowanych. Typowa ziemianka miała 10 m długości i 3 m szerokości. Podzielona na połowę zapewniała locum dla dwóch rodzin. Władze przydzieliły zesłańcom minimum materiałów: po 2 małe okna, jedną parę drzwi, oraz nieco desek i belek na konstrukcję ścian i dachu. Ściany zbudowane były z wyciętych na łące płatów darni o wymiarach 30x20 cm. Między warstwy darni, dla umocnienia konstrukcji, wkładano ścięte gałęzie. Ziemianki oblepiano gliną wymieszaną z krowim nawozem, a po wyschnięciu pobielano szarą glinką.

Na wiosnę i latem 1941 r. w szeregu osiedli podjęto prace nad budową nowych baraków mieszkalnych. W wielu wspomnieniach powtarza się informacja o przeniesieniu zesłańców do takich nowych budynków. Wiązało się to niemal zawsze z poprawą sytuacji mieszkaniowej. Zesłańcom przydzielano najczęściej już samodzielne pomieszczenie dla każdej rodziny. Tam gdzie sami Polacy prowadzili i nadzorowali budowy można było niekiedy dokonać drobnych ulepszeń w standardowych planach konstrukcyjnych, np. poprzez dobudowanie przedsionków czy ubikacji lub zamontowanie potrójnych okien.

Istotnym mankamentem mieszkań zesłańczych był powszechny brak bieżącej wody. Decydowało to nie tylko o wygodzie życia, ale przede wszystkim determinowało sytuację sanitarną, sprzyjając licznym zachorowaniom, zwłaszcza na choroby układu pokarmowego. Woda przynoszona była z pobliskich ujęć otwartych, a więc przepływających w pobliżu osiedli rzek, potoków lub jezior, rzadziej czerpano ją ze studni. Baraki nie miały też oczywiście toalet. Drewniane toalety rozmieszczone były zazwyczaj za barakami. Część z nich miała bardzo prymitywną konstrukcję. Bywało, że za cały ów przybytek starczyć musiała chybotliwa deska nad dołem i umocowane nad nią żerdzie. W pomieszczeniach mieszkalnych stały niekiedy kubły do załatwiania potrzeb fizjologicznych, wykorzystywane zwłaszcza zimą i przez dzieci. Ich zawartość psuła wszakże powietrze w niewentylowanych barakach, co prowadziło nieraz do scysji między mieszkańcami.

W barakach brakowało podstawowych naczyń takich, jak wiadra i miski. Prania urządzane były z konieczności w pomieszczeniach mieszkalnych, najczęściej przy wykorzystaniu ługu sporządzonego z popiołu drzewnego, rzadko bowiem korzystano ze skąpych i nie wszędzie przyznawanych racji mydła gospodarczego.

W większości osiedli zesłańczych na północy jednym z ważniejszych budynków użyteczności ogólnej była "bania - rosyjska łaźnia. Kąpiele odbywały się sporadycznie, choć w niektórych "posiołkach" dość regularnie - raz na tydzień. Typowa "bania" "składała się z dwóch pomieszczeń: "jedno większe z ławami z desek ustawionych pionowo, gdzie odbywało się parowanie i mycie, drugie zaś mniejsze z piecem obłożonym kamieniami. Pod nimi to palono drzewo a potem lano na nie wodę, co powodowało powstawanie pary. Ta z kolei przedostawała się otworami do pomieszczenia, gdzie siedzieli ludzie na ławach. Mycie nie wymagało mydła, bowiem gorąca para nie tylko myła, ale i rozgrzewała organizm". W niektórych osadach Komi ASRR za korzystanie z łaźni pobierano opłatę w wysokości 50 kopiejek, co z oburzeniem konstatowali funkcjonariusze NKWD (kąpiel miała być bezpłatna). Kąpieli towarzyszyła niekiedy, mało zresztą skuteczna, parowa dezynsekcja odzieży. Nie zabijała ona wszystkich pasożytów, a jednocześnie niszczyła drogocenną odzież.

Plagą, zwłaszcza starych baraków, były roje insektów, przede wszystkim pluskiew, które kryły się w wypełnionych mchem szparach między belkami. O ile zimą wystarczało wyniesienie odzieży i pościeli na mróz, by przynajmniej częściowo pozbyć się natrętów, o tyle latem sytuacja bywała dramatyczna: "W zimie pół biedy, ale co się w lecie działo, kiedy niezliczone ich ilości wędrowały do naszych łóżek, do pościeli, czepiały się ciała, nie pozwalały wcale spać. Odsuwaliśmy łóżka od ścian, smarowaliśmy je naftą, nic nie pomagało. Radzono nam, żeby nogi łóżek lokować w naczyniach z wodą, ale skąd było wziąć te naczynia". Stosowano jeszcze inne sposoby walki z pluskwami: zalepiano skrupulatnie wszystkie szczeliny, parzono je wrzątkiem, wapnowano ściany itp., ale wszystkie te przedsięwzięcia pomagały tylko na krótko. Drugą plagą były karaluchy: "W dzień miejsce pluskiew zajmowały tarakany, które wystawiały swoje odwłoki z każdej szczeliny. Było ich tyle, że wyglądały jak nanizane na sznurku korale, rozwieszone na ścianach". Chronić należało przed nimi przede wszystkim żywność, a tępiono je głównie przy użyciu wrzątku. W lecie w barakach uaktywniały się także pchły, bez litości atakując zesłańców. Nieproszonymi sublokatorami baraków były też szczury - niszczące rzeczy zesłańców, ale potrafiące niekiedy pokąsać ich samych we śnie - oraz myszy. Walka z insektami i gryzoniami prowadzona przy niedostatku podstawowych środków czystości i odkażających była najczęściej skazana na niepowodzenie i stopniowo przywykano do ich towarzystwa.

Olbrzymim problemem, zwłaszcza w zimie, był brak oświetlenia. W niektórych osiedlach wydawano wprawdzie zesłańcom lampy naftowe, ale przydział nafty do nich był bardziej niż symboliczny - 0,5 l na miesiąc - i nie starczał na długo. Brak lamp naftowych sygnalizowano nawet w sprawozdaniach NKWD. Sytuacja była tak tragiczna, że bez światła pozostawały tak ważne obiekty jak punkty sanitarne. Czasami zesłańcy otrzymywali namiastki lampy naftowej tzw. koptiłki, ale zapas przydzielanej do niej nafty także był niewystarczający. Tam, gdzie istniał dostęp do nafty, sporządzano domowym sposobem prymitywny kaganek naftowy z butelki, bądź z pustej puszki po konserwach, do których wsadzano prymitywny knot ze sznurka lub szmatki. Dawały one jednak bardzo słabe światło, wydzielały zaś, zgodnie z nazwą, wiele sadzy. W leśnych osadach jako źródła światła używano często zrobionych własnoręcznie łuczyw z drewna sosnowego. Było to dość niebezpieczne i ryzykowne postępowanie, stwarzające w drewnianym baraku zagrożenie pożarowe. Przy braku zapałek gdzieniegdzie wracała do łask hubka i krzesiwo. Rangę nieledwie symboliczną miał fakt, że w jednym z "posiołków" po pierwszym zebraniu komendant wydał zesłańcom oprócz narzędzi także żar do pieców.

W nielicznych wypadkach, głównie w osiedlach położonych w pobliżu większych miejscowości, do baraków doprowadzano światło elektryczne. Oświetlenie takie uzyskały np. baraki położone przy kopalniach rudy miedzi w Diegtiarsku. Jednak po wybuchu wojny niemiecko-radzieckiej prąd odcięto.

Specjalni przesiedleńcy wywiezieni w lutym 1940 r. do Kazachstanu byli także na ogół kwaterowani zbiorowo w różnego rodzaju barakach, ziemiankach itp. Ich stan i standard były bardzo różne. Bywały pomieszczenia niedogrzane, bez ubikacji i wody, rzadziej trafiano do lokali nieźle przygotowanych, czystych i ciepłych. Pomieszczenia barakowe to najczęściej duże sale z piętrowymi pryczami, gdzie rodzinie wyznaczano określoną, najczęściej zbyt małą przestrzeń. Niewielu szczęśliwców trafiało do mniejszych pokoi, w których zresztą panował taki sam ścisk, jak w wielkich halach: np. na powierzchni 10 m2 musiało się gnieździć 11 osób. Szczególnym przykładem bardzo złych warunków mieszkaniowych było zakwaterowanie polskich zesłańców w kombinacie "Majkainzołoto" w obwodzie pawłodarskim. Przez wiele miesięcy dyrekcja kombinatu nie podjęła właściwie żadnych działań mających na celu stworzenie robotnikom-zesłańcom w miarę normalnych warunków bytowych. Co więcej - wykazywano całkowity brak zainteresowania problemem, uznając, że powinien zostać rozwiązany przez NKWD. Jeszcze w końcu sierpnia połowa zesłańców zatrudnionych w "Majkainzołoto" mieszkała w pomieszczeniach do tego celu nie przystosowanych, dysponując przy tym powierzchnią 1,8 m2 na osobę, a część osób zakwaterowano w namiotach. W takichże namiotach z brezentu i dykty mieszkali budowniczowie Centralnej Stacji Elektrycznej w okolicach Majkainu. Wysadzeni po prostu na stepie, sami musieli wznieść owe prowizoryczne siedziby, na które skazani byli aż do jesieni. Wtedy, już po pierwszych opadach śniegu, za pomocą materiałów wybuchowych zrobiono w ziemi wielkie doły - po 100 m długości i kilkanaście szerokości, wzdłuż ich brzegów postawiono ściany z samanów i utworzone w ten sposób ziemianki pokryto stropem z desek i przysypano ziemią. Wzdłuż ścian stały prycze z nieheblowanych desek i to było całe umeblowanie, a wyposażenia dopełniały żelazne piecyki, w niewielkim stopniu ogrzewające wnętrze przy kilkudziesięciostopniowych mrozach. W podobnych namiotach kwaterowała część budowniczych linii kolejowej Akmolińsk-Kartały. Tak wspominał to jeden z nich: "Budowniczowie mieszkali w namiotach, kolejowych wagonach towarowych lub w ziemiankach. Najznośniejsze warunki mieszkaniowe były w ziemiankach. W wagonach i namiotach w lecie było bardzo gorąco i duszno, zimą zaś przeraźliwie zimno. Mieszkałem w namiocie wraz z dziewiętnastoma Polakami. Namiot wyposażony był w drewnianą podłogę, dwa żelazne piecyki węglowe, drewniane drzwi i sześć małych okien. Spaliśmy na drewnianych pryczach. Latem w namiotach - jak wspomniałem - było gorąco i duszno, gryzły nas komary i pchły, zimą zaś - mimo dwóch żelaznych pieców, w których palono bez przerwy - w namiocie ciepło było tylko przy piecu, a sufit pokryty był warstwą szronu. Spałem wtedy w ubraniu i czapce uszance, a mimo to nieraz marzłem". Ziemianki dla robotników kolejowych posiadały duże rozmiary i kwaterowano w nich po kilkadziesiąt osób w izbie, nie było więc mowy o jakiejkolwiek intymności i poczuciu domowej prywatności. Wyposażenie takich pomieszczeń było właściwie żadne. Poza pryczami i piecykami (najczęściej dwa na przeciwległych końcach wielkiej sali) trafiały się jakieś najprostsze stoły i ławki, a czasem nie było i tego. Dopiero sami zesłańcy własnym przemysłem konstruowali najpotrzebniejsze sprzęty. Jeśli było to tylko możliwe i uzyskano zgodę stosownych władz, poszczególne rodziny szukały zatem innych kwater, nawet jeśli były to zrujnowane ziemianki. Po naprawieniu i minimalnym wyposażeniu dawały jednak przynajmniej minimalne poczucie bycia "u siebie".

Zesłaniu tzw. ssylnoposielenców w maju-czerwcu 1941 r. towarzyszyły ze strony NKWD znacznie mniej intensywne prace nad zapewnieniem przesiedlonym odpowiedniego locum. Ze względu na to, że większość z nich trafić miała do sowchozów, a nawet kołchozów, na nie spaść miał obowiązek zapewnienia dachu nad głową nowym robotnikom. Okres letni powodował zresztą, że ta właśnie sprawa nie jawiła się jako najpilniejsza. Wybuch wojny spowodował, że problemy mieszkaniowe tej grupy przymusowo przesiedlonych wypadły w ogóle z orbity zainteresowań lokalnych ogniw NKWD. Warunki mieszkaniowe deportowanych były rozmaite w zależności od tego, gdzie trafili. W jednej z miejscowości pod Barnaułem zesłańcy skierowani do pracy w cegielni zostali umieszczeni w szopach, w których suszono cegły. Nie miały one ani drzwi, ani okien, ani pieców, dachy były dziurawe, a jedzenie gotowano - dopóki tego nie zakazano - na ognisku. Później część zesłańców otrzymała przydział na nowe mieszkania. Około 40 osób zamieszkało w stajni, dzieląc się miejscem ze znajdującymi się tam jeszcze końmi. Choć "był smród i zaduch, ale na głowę nie padało i było ciepło". Zesłańcy skierowani do jednego z sowchozów w Kraju Ałtajskim zamieszkali natomiast z dala od zabudowań wolnych pracowników w specjalnym baraku, o dość typowej konstrukcji, składającym się z kilkunastu pomieszczeń o powierzchni 20 m2, w których rozmieszczono po dwie rodziny. Niekiedy deportowanych lokowano w domach kołchoźników. Ci, stosunkowo nieliczni zesłańcy, którzy uzyskali pracę w miastach, mieszkań poszukiwali na własną rękę, wynajmując je u miejscowej ludności.

Odmiennie przedstawiała się sytuacja mieszkaniowa ludności deportowanych w kwietniu 1940 r. do Kazachstanu. Ze wspomnień kwietniowych zesłańców wyłaniają się jakby dwa modele postępowania z nimi w momencie dowiezienia do miejsca osiedlenia. Bardzo często, zwłaszcza w kołchozach, zdarzało się, że wyładowywano ich wraz z dobytkiem i pozostawiano samym sobie na środku drogi czy placu. Zdarzało się, że zesłańcy i 3-4 dni koczowali na śniegu nim w zamian za garderobę trafiano do serc miejscowych ludzi, uprzednio najczęściej wrogo usposobionych przez władze do przybyszów z Polski. Musieli zatem zesłańcy samodzielnie u tubylców znaleźć mieszkanie, przeważnie za opłatą pieniężną, bądź w postaci odzieży lub jakichś drobnych przywiezionych sprzętów, bądź wreszcie usług i pomocy w gospodarstwie. Opłaty "czynszowe" były zróżnicowane. Za mieszkanie "przy gospodarzu" trzeba było płacić 10-15 rb, ale i 30-35 rb miesięcznie. Częściej jednak umawiano się, że wynagrodzeniem za kąt będą ubrania czy bielizna pościelowa. Kłopot polegał na tym, że zesłańcy nie mieli tych dóbr zbyt wiele. Dodatkowych świadczeń na rzecz gospodarzy wymagało nierzadko korzystanie z ich wyposażenia. Do gotowania w piecu do pieczenia chleba potrzebne były garnki wąskie dołem, szerokie na górze, tzw. sagany, które wkładało się i wyjmowało specjalnym kijem z widełkami. Gospodarze wprawdzie użyczali ich Polakom, ale oczekiwali za to czegoś w zamian.

Czasem udawało się kupić lub wydzierżawić jakąś niepotrzebną czy nie używaną ziemiankę lub inne pomieszczenie. Ceny w tym wypadku także były zróżnicowane. Np. kupno na własność ciepłej ziemianki, dobrej na zimę, kosztowało 400 rb, co było dla zesłańców sumą bardzo znaczną. I w tych wypadkach rzadziej jednak dokonywano transakcji za gotówkę, częściej za atrakcyjne dla miejscowych towary. Uzyskiwane w ten sposób kwatery najczęściej wymagały remontu i wyposażenia. Negatywną stroną zamieszkania w oddzielnej ziemiance czy lepiance była konieczność gromadzenia lub kupowania dużo większych ilości opału, a to wymagało bądź zwiększonego wysiłku, bądź sporych nakładów, bowiem opał, a zwłaszcza kiziak, był towarem drogim. W wypadku wynajęcia od miejscowych jakiegoś chwilowo niezamieszkanego domostwa należało się zresztą liczyć z nieoczekiwanym zerwaniem umowy przez właścicieli. Czasem było to podyktowane zmianą ich sytuacji rodzinnej. Miały miejsce jednak i wypadki nieuczciwego wykorzystania zesłańców, którzy własnym sumptem doprowadzali zaniedbane czy wręcz zrujnowane domostwo do przyzwoitego stanu i wtedy zmuszani byli do jego opuszczenia. Również podnajmujący kąt w izbie kołchoźników czy sowchoźników niejednokrotnie usuwani byli z mieszkania, lub też sami z niego rezygnowali nie wytrzymując panujących tam stosunków, czy też warunków. Bywało, że przyczyną wyrzucenia z domu była odmowa oddania gospodarzom jakiejś pożądanej przez nich odzieży czy innego dobra.

Ludzie nie dysponujący odpowiednimi dobrami, słabego zdrowia, nie nadający się do pracy mieli najpoważniejsze kłopoty ze znalezieniem mieszkania, zwłaszcza lepszego. Rodzinom licznym, obarczonym małymi dziećmi, było trudniej znaleźć kwaterę również i dlatego, że mieszkania miejscowej ludności były bardzo małe, składały się przeważnie tylko z 1-2 izb. Często dopiero pod wyraźnym przymusem ze strony władz gospodarze, zwłaszcza Kazachowie, przyjmowali takich zesłańców.

Znacznie droższe było wynajmowanie mieszkań w miastach. W Pawłodarze w marcu 1941 r. za prawo zamieszkania w jednym pokoju trzeba było zapłacić 80 rb miesięcznie, a dalsze niebagatelne koszty pociągał zakup opału. Gospodarze usiłowali przy tym często zmieniać uzgodnione warunki podnajmu, stawiając żądania niemożliwe do przyjęcia przez zesłańców.

Drugi model postępowania, występował przeważnie w sowchozach, ale często także w kołchozach. Polegał on na umieszczeniu zesłańców w jakimś pomieszczeniu pozostającym w dyspozycji przedsiębiorstwa rolnego lub na administracyjnym przydzieleniu ich na kwaterę do miejscowych rodzin. W tym pierwszym wypadku Polacy trafiali do rozmaitych szop, stajni i obór czasowo wolnych w związku z wypasem bydła, bądź od dawna nie używanych, często nie oczyszczonych z nawozu. Przydzielano zesłańcom opuszczone i najczęściej rozpadające się ziemianki, lub domy chwilowo niezamieszkane (np. w związku z wyruszeniem miejscowych rodzin na letnie wypasy w step). Zdarzało się, że w pozbawionej sprzętów izbie o powierzchni kilkunastu metrów kwadratowych, bez drzwi i okien, z rozbitym paleniskiem, umieszczano nawet po kilka rodzin, liczących razem kilkanaście osób.

Gdy zesłańcy trafiali do bogatego, rozwiniętego już kołchozu zamieszkanego przez Rosjan czy Ukraińców, mieli szanse na lepsze warunki mieszkaniowe: miejscem zakwaterowania mogła być nawet drewniana chata z oddzielną kuchnią i pokojem, czasem z drewnianą podłogą. Zwłaszcza opinie o mieszkaniach Ukraińców są w relacjach na ogół pozytywne, wskazujące na utrzymywanie w nich czystości, obecność skromnego, ale porządnego wyposażenia. Gorzej było w kołchozach czy sowchozach młodych, zamieszkanych przez niedawno tu zesłaną ludność. Tam domy były prymitywniejsze i gorzej wyposażone: najczęściej lepianki z darni lub samanu. Najgorzej jednak było w osadach kazaskich, na ogół biednych i zaniedbanych, w których dominowały ziemianki. W jednej z relacji czytamy: "Budynki małe - lepianki, wilgotne, brudne (auły kazaskie) bez podłóg - rodziny polskie mieściły się po kilka w jednym pokoiku lub kuchni - same czy też z tubylcami, a z braku mieszkań w tzw. Ťprigonachť - dobudówka przy lepiance dla owiec lub krów, w których gnój od kilku lat nie był ruszany, a zasłany sianem lub trzciną służył na legowisko dla Polaków".

Czasem przydzieleniu tymczasowej kwatery towarzyszyły zapowiedzi, że w ciągu najbliższych tygodni zesłańcy muszą sami sobie wybudować domy. Materiały budowlane dostarczały czasem lokalne władze, ale potrącały ich wartość od zarobków. Sama praca przy budowie domu była oczywiście bezpłatna i wykonywana w czasie wolnym.

Budynki mieszkalne i inwentarskie w większości były ziemiankami bądź lepiankami wznoszonymi z samanu bądź płatów darniny. W tym ostatnim wypadku budulcem były prostokątne kawałki darniny, z których, jak z wielkich cegieł budowano ściany, układając po prostu je jeden na drugim, po czym tynkowano je wewnętrznie i zewnętrznie gliną zmieszaną z nawozem. Z cennego drewna, a czasem po prostu z gałęzi lub z wikliny, tworzono tylko konstrukcję dachu, również krytego płatami darniny, przysypywanych słomą, liśćmi, nawozem i ziemią. Tam, gdzie było wystarczająco dużo gliny, budowano nieco lepsze domy z bloków uformowanych z gliny zmieszanej ze słomą (czasem z dodatkiem nawozu) i następnie wysuszonych na słońcu. Bloki te miały różne wymiary i kształty, najczęściej w przybliżeniu 25x25x50 cm. Z takiej "cegły" ustawiano ściany, wiążąc je żerdziami i faszyną, a następnie oblepiając z dwu stron gliną. Podłogę najczęściej stanowiło klepisko, przecierane gliną z domieszką krowiego nawozu, aby uniknąć stałego kurzenia się. Jeśli dysponowano odpowiednią ilością drewna, wówczas konstrukcja dachu wykonywana była z belek bądź żerdzi drewnianych, w wielu wypadkach musiała jednak starczyć gruba łoza, oblepiona dwustronnie gliną, często zmieszaną z nawozem, a wszystko to przysypywano ziemią.

Domy z darniny najczęściej były budowane we wgłębieniu o głębokości mniej więcej jednego metra i wystawały na podobną wysokość nad powierzchnię. Budynki wznoszone z samanów częściej stawiano bezpośrednio na ziemi, ale nie były rzadkością takie domy z płatów darniny. W półziemiankach były zwykle 2-3 niewielkie okna, umieszczone tuż nad ziemią i w zimie zasypywane śniegiem. W tzw. samankach okna były przeważnie nieco większe i oczywiście na większej wysokości. W obu wypadkach były one mocowane w obramowaniach na stałe i nie otwierały się, a jedynym otworem wentylacyjnym były drzwi.

Budynki z drewna zdarzały się rzadko z uwagi na deficytowy charakter tego materiału na większości obszaru Kazachstanu. Można je było spotkać raczej na północy i w kołchozach zamieszkałych przez dawnych zesłańców: Rosjan i Ukraińców. Drewniane domy mieszkalne miały w dużym stopniu jeszcze przedrewolucyjny rodowód. Wśród takich zdarzały się nawet kryte blachą, natomiast z drugiej strony były drewniane domy kryte darniną. W kołchozach i sowchozach nowszych, a zwłaszcza w kołchozach kazaskich z drewna wznoszono najwyżej budynki administracyjne, czasem domy funkcjonariuszy kołchozowych i państwowych.

Domy otoczone były często tzw. prigonami, tj. czymś na kształt sieni otaczającej budynek na ok. 1/2-2/3 jego obwodu. Budowano je w ten sposób, iż w odległości paru metrów od ściany wbijano drewniane kołki o wysokości ścian lub nieco krótsze i przeplatano je łozą lub trzciną, tworząc ściany jak w koszu wiklinowym. Następnie tę konstrukcję tynkowano gliną i przykrywano prymitywnym dachem ze słomy, siana czy darniny. W ten sposób powstawało pomieszczenie spełniające funkcje stajni, obory, chlewu i kurnika, a także magazynu, jednocześnie ocieplające właściwy budynek mieszkalny. Jeśli dom nie posiadał klasycznego prigonu, to funkcje sieni i obory-chlewu spełniały różne dobudówki. Zdarzało się, iż w prigonie czy przybudówce znajdowała się studnia. Często jednak w całej osadzie było tylko parę studzien, co wymagało odbywania nieraz długich wędrówek po wodę. Wiele osiedli w ogóle pozbawionych było ujęć głębinowych i wodę czerpano z rzeczek lub jeziorek, co zwłaszcza zimą było niezwykle uciążliwe.

Ziemianki i lepianki najczęściej miały tylko jedną, najwyżej dwie izby. W domach rosyjskich i ukraińskich oraz wzorowanych na nich centralnym obiektem była tzw. ruskaja pieczka - piec służący nie tylko do gotowania, pieczenia i ogrzewania, ale dzięki obszernemu zapieckowi także do spania. Jeśli nie rozpalano ognia w palenisku takiego pieca czy to z powodu temperatury czy z braku opału, gotować można było na trójnogu ustawianym przy wylocie do komina. Izba miała najczęściej powierzchnię kilkunastu metrów kwadratowych. W domach kazaskich piec, stanowiący tak ważny składnik wyposażenia mieszkania, miał inny charakter: był to na ogół nieduży trzon kuchenny, w który na stałe wbudowany był kociołek do gotowania potraw. Można było natomiast spotkać tam drewniane podwyższenie zajmujące znaczną część izby, na którym rozściełano dywany i które stanowiło miejsce spożywania posiłków i wypoczynku.

Jeśli Polacy uzyskiwali dom wyłącznie dla siebie, zwykle musieli dokonywać jego remontu. Czasem Polacy dobudowywali kolejną izbę do już istniejącej lepianki. Najczęściej jednak zamieszkiwali wspólnie z miejscowymi rodzinami. Układ w takiej sytuacji bywał bardzo różny. Jeśli dom posiadał dwie izby to bywało, że Polacy otrzymywali jedną z nich. Ciekawe, że częściej gospodarze pozostawiali sobie kuchnię, co jednak niekoniecznie musiało być wyrazem gościnności i troski o dobro sublokatorów - kuchnia była zimą często jedynym ogrzewanym pomieszczeniem. W domach jednoizbowych zesłańcy musieli zadowolić się jakimś kątem, kawałkiem klepiska, gdzie z trudem można było zorganizować legowiska do spania dla wszystkich członków rodzin. Czasem Polakom pozostawało zamieszkanie w prigonie, sieni lub stajni.

Wyposażenie kwater polskich zesłańców było nadzwyczaj skromne. Bardzo ubogie były zresztą również mieszkania miejscowej ludności. Zwykle były to jakieś prycze bądź proste łóżka, stół najczęściej własnoręcznie wykonany, kufer pełniący rolę szafy na odzież, a nierzadko zarazem stołu, długa ława (często po prostu deska wsparta na dwóch klocach) wzdłuż ściany, czasem jakiś zydel, rzadziej krzesło. Polacy poza drobnym sprzętem domowym, który zresztą przywieźli tylko niektórzy, nie posiadali wyposażenia mieszkań. Często zresztą nie mieliby go gdzie umieścić. Jeżeli dysponowali odrębnym pomieszczeniem czy własnym domem i potrafili zdobyć odpowiedni materiał, starali się zbudować jakieś legowiska i podstawowe meble. W wielu rejonach Kazachstanu deski były jednak materiałem niezwykle trudno dostępnym. W tych warunkach szczególnie przydatne były na zesłaniu różnorodne umiejętności "złotych rączek", którzy potrafili dla siebie, a czasem i dla innych zrobić meble, drewniane łyżki, wiklinowe kosze, zanitować dziurawe garnki itp.

Obok legowiska, drugim elementarnym wyposażeniem mieszkania musiało być miejsce do gotowania. Nawet jeśli Polacy mieszkali razem z rodzinami kazaskimi czy rosyjskimi, to nie zawsze mogli korzystać z ich urządzeń kuchennych. Nie zawsze też potrafili posługiwać się kuchnią pozbawioną płyty, gdzie garnki do gotowania (czuguny) wpuszczane były (często na stałe) bezpośrednio w palenisko. Starano się zatem z cegieł, kamieni i gliny zbudować sobie w sieni oddzielną kuchenkę z namiastką płyty kuchennej i rusztu sporządzanych z kawałków żelaza, często pochodzących z części starych maszyn kołchozowych.

O ile Polacy zakwaterowani zostali w pomieszczeniach, które wcześniej nie były lokalami mieszkalnymi, bądź w zrujnowanych domach, pierwszą potrzebą było zazwyczaj zbudowanie choćby namiastki pieca kuchennego. Zazwyczaj zaczynano od postawienia na zewnątrz prymitywnych palenisk. Tak wspomina to jedna z Polek, która trafiła właśnie do opuszczonej przez bydło obory, tzw. bazy: "Do sporych kłopotów i trudności należało w pierwszych miesiącach naszego pobytu na fermie samo przygotowywanie potraw. Brak kuchni bardzo utrudniał gotowanie nawet zwykłej zupy i wody. Wokół bazy z dwóch cegieł robiliśmy każdy, kto jak potrafił, małe paleniska. Podpalaliśmy słomą, sianem, gałązkami zbieranymi po stepie lub Ťkiziakiemť (wysuszonym łajnem krowim). Gotowanie się udawało, jeżeli tylko nie było deszczu lub wiatru. W przeciwnym wypadku z gotowania nic nie wychodziło. Trzeba było myśleć nad ulepszeniem budowy kuchenki i to po części trochę się udawało. Cegły oblepiano gliną, kładziono płytki blaszane czy żelazne i jakoś gotowanie szło. Blacha i żelazo najczęściej podkradane były ze starych części traktorów".

Do oświetlenia przy pracach domowych i przy czytaniu z braku świec i lamp naftowych służyły tzw. koptiłki niemal identyczne, jak te używane na północy Rosji. Było to naczynie (np. puszka po konserwie, słoik lub butelka po lekarstwie) przykryte blaszką, w której otworze umieszczony był knot z konopii, skręconej waty lub nici bawełnianych. Paliwem w tym swoistym kaganku była nafta, ewentualnie mieszanina nafty i oleju napędowego. Zdarzało się, że kaganek był jeszcze prymitywniejszy: w dużym ziemniaku była wydłubana dziura, w niej owczy łój i knot z waty.

Kluczową sprawą dla możliwości bytowych zesłańców, a zwłaszcza dla perspektywy przetrwania surowej zimy, było zgromadzenie odpowiedniej ilości opału. Naturalne warunki Kazachstanu stanowiły tutaj ogromne utrudnienie z uwagi na niewielką ilość lasów, zwłaszcza w części środkowej i południowej. Rzadko więc zesłańcy mieli możliwość zaopatrywania się w większe ilości drewna opałowego, a jeśli się ona pojawiała najczęściej był to proceder nielegalny. Opał trzeba było przy tym często przynosić na własnych plecach z lasu czy zagajnika oddalonego o wiele kilometrów. Zimą były to wyprawy nie tylko bardzo wyczerpujące, oznaczające nieraz brnięcie po pas w śniegu, ale i wysoce niebezpieczne z uwagi na obecność wilków. Próby zakupienia drewna opałowego (chrustu) od tubylców, gdy ci je posiadali, nie przynosiły najczęściej powodzenia, natomiast zdarzało się, że w sowchozach kupowano nielegalnie pewne ilości opału przeznaczonego na zaopatrzenie instytucji sowchozowych, co oczywiście groziło karami.

Podstawowym paliwem był w Kazachstanie kiziak. Istniały dwa sposoby jego zdobywania. Pierwszy to po prostu zbieranie na stepie wysuszonych już przez słońce odchodów zwierzęcych. Dosuszano je w razie konieczności i gromadzono w odpowiednio ułożonych pryzmach w prigonach lub pod ścianami zabudowań. Drugi sposób polegał na produkowaniu kiziaku ze świeżego nawozu zebranego na stepie bądź pochodzącego ze stajni i chlewni kołchozowych czy sowchozowych oraz z zagród kołchoźników. Oto barwny opis takich przedsięwzięć: "Codziennie skoro świt wybiegałem z wiadrem za wychodzącym na pastwisko stadem krów i gołymi rękami zbierałem do wiadra jeszcze ciepłe, dymiące łajno. Czasami udawało mi się podstawić wiadro bezpośrednio pod zadarty do góry krowi ogon. Moja dzienna norma wynosiła jedno wiadro krowiego gówna. Czasami, jak był dobry dzień i krowy srały gęsto, zbierałem półtora lub nawet dwa wiadra. Po przyniesieniu cennego surowca do domu, przystępowałem do jego dalszej obróbki. Świeże, śmierdzące łajno mieszałem ze słomą lub słomianą mierzwą, a następnie formowałem ręcznie gówniane placki grubości 5-8 cm. Uformowane placki pod wpływem prażącego słońca wysychały na pieprz w ciągu 4-5 dni". Podobnie postępowano z nawozem pochodzącym z obór i chlewni. Odbywało się to w ten sposób, że odpowiedni płytki dół napełniano owym szczególnym surowcem, dodawano sieczkę i wodę, a następnie wpuszczano do niego bydło, zmuszając je do udeptywania zawartości na jednolitą masę. Często jednak, gdy zesłańcy produkowali kiziak dla siebie, musieli udeptywać go własnymi nogami. Uzyskaną masą napełniano specjalne formy pozwalające uzyskać bloczki o wymiarach np. 40x20x12 cm, które suszono na słońcu i następnie układano w pryzmy zapewniające dobrą wentylację, a zarazem zabezpieczające opał przed wchłanianiem wilgoci.

Był to dobry opał, o wartości energetycznej zbliżonej do torfu, nie wydzielający przy tym przy spalaniu żadnego zapachu, mimo specyficznego składu. Zdobycie kiziaku nie było jednak prostą sprawą. Zawsze było go za mało, zawsze był towarem poszukiwanym i pilnie strzeżonym. W sowchozach robotnicy mogli otrzymywać przydziały opału. W kołchozach zesłańcy nie będąc kołchoźnikami, nie mieli prawa do przydziałów kiziaku kołchozowego, choć zdarzało się, że w tej właśnie formie wynagradzano ich za pracę. Zakup za gotówkę od miejscowej ludności wchodził w grę raczej wyjątkowo, bowiem nie zdarzało się na ogół, by ktoś dysponował jego nadwyżką i chciał się jej pozbyć. Pozostawała wymiana za odzież i inne przedmioty pozostające przedmiotem pożądania przez tubylców, ewentualnie uzyskanie go w formie zapłaty za robociznę w obejściach kołchoźników, często zresztą przy jego produkcji. W sytuacjach ekstremalnych, z braku innej możliwości zdobycia opału, kradziono kiziak sowchozowy czy kołchozowy, jakkolwiek groziła za to kara więzienia.

Ponieważ kiziaku na ogół nigdy nie starczało, starano się gromadzić na opał wszelkie inne dostępne w danej okolicy materiały. Zbierano więc w stepie krzaki burzanów, wiązano je w wiązki wielkości trzech snopów żyta i przenoszono na plecach - czasem kilka kilometrów. Poszukiwano drewna wyrzuconego na brzegi rzek w okresie przyboru wód, gromadzono zeschłą wiklinę, różne badyle roślin stepowych. W niektórych okolicach wielkie znaczenie miał piołun. Na opał zbierano jego łodygi dochodzące do 1,5-2 m wysokości i 7-10 mm średnicy. Była to ciężka praca, lecz robił to kto tylko mógł. Piołun był jeszcze o tyle cenny, że z jego popiołu sporządzano ług, zastępujący mydło i proszek do prania. Zbieranie w stepie kiziaku i gromadzenie innych materiałów palnych było jedną z najważniejszych czynności, często wypełniającą większość czasu poza pracą.

Zdarzało się, że zesłańcy zatrudnieni w kołchozach otrzymywali pewną ilość słomy, jako część wynagrodzenia za pracę. Było to oczywiście paliwo o małej wartości, ale nie do pogardzenia w tych skrajnych warunkach.

W większości wypadków opał był mimo wszystko dobrem wysoce deficytowym. Nie wystarczało zapobiegliwe gromadzenie kiziaku, zbieranie wyschniętego piołunu i innych nadających się do palenia rzeczy. Często zimą obok głodu pojawiało się widmo śmierci z zimna. W obliczu takiego zagrożenia podejmowano ryzykowne wyprawy w step, aby znaleźć jakieś badyle wystające ze śniegu, jakąś stertę słomy. Przytoczmy słowa jednej tylko relacji: "Mamusia i inne Polki robiły więc eskapady stepowe, aby przynajmniej chociaż trochę uzbierać tych badyli do palenia, aby przynieść wiązkę burzanów. Była to mordercza droga, mordercza praca. Brnęły po pas w zaspach śniegu, aby dotrzeć do celu. Niekiedy już nie dawały rady pokonywać zasp, kładły się więc na brzuch i ciągnąc za sobą koc i pałatki zrywały wystające czubki burzanów i wrzucały na rozpostarte za sobą koce i pałatki. Następnie wiązały te wypełnione szmaty w wiązki i wracały do domu. Zbieranie tego opału na stepach zajmowało nieraz cały dzień. Wracały więc głodne, przemarznięte, wyczerpane... płakały i modliły się by Pan Bóg skrócił te męki i cierpienia, aby pomógł, bo już brakowało sił". Uciekano się także do kradzieży słomy ze stert na polach, co było bardzo ryzykowne, bowiem groziło karami, a nadto bardzo uciążliwe, bo sterty były zamarznięte i zazwyczaj oddalone od domostwa. Bywało, że zdesperowane matki, aby ogrzać swe dzieci i ugotować im coś ciepłego kradły nawet deski, którymi były przykryte na cmentarzu kazaskie groby.

Wobec powszechnego braku zapałek ogień rozniecano przy użyciu krzesiwa. Okazało się, że z braku innych możliwości bardzo przydatne były na ten cel noże wykręcane ze żniwiarek. Odpowiednią hubkę znajdowano w lesie czy zagajniku lub preparowano ją z zetlałej waty bądź wysuszonych roślin. Często stosowanym sposobem rozniecania ognia było też "pożyczanie żaru", czyli przynoszenie ognia od sąsiadów. Produkowano też czasem zapałki we własnym zakresie.

Powszechnym utrapieniem zesłańców także w Kazachstanie były różnego rodzaju insekty wszechobecne w tamtejszych domostwach. Polacy podejmowali heroiczne wysiłki by choćby ograniczyć ich ilość i dokuczliwość. Wprowadzając się do zapluskwionych i zawszonych pomieszczeń starano się poddać je jakiejś dezynfekcji i dezynsekcji. Palono siarkę, rozkładano silnie pachnące zioła, zapychano szpary mieszaniną gliny, piasku i nawozu, bielono ściany gliną z domieszką soli. Wszystko to okazywało się jednak skuteczne połowicznie i na krótko. Nie pomagało polewanie podłóg wrzątkiem z solą, wstawianie nóg łóżek czy prycz do naczyń z wodą, zalewanie szpar naftą. Robactwo pojawiało się nieustannie i do końca pobytu towarzyszyło zesłańcom w ich codziennym bytowaniu.

Ogłoszenie amnestii dla obywateli polskich umożliwiło zesłańcom podejmowanie decyzji w sprawie miejsca zamieszkania. Swoboda poruszania się była jednak ograniczona. Obywatele polscy nie mieli prawa przenosić się do "rejonów przygranicznych, stref zamkniętych, miejscowości, w których wprowadzono stan wojenny oraz miast specjalnego reżimu pierwszej i drugiej kategorii". Przed większością zesłańców stanęła niełatwa kwestia wyboru. Do pozostania w dotychczasowych miejscach nawoływały lokalne władze radzieckie - administracyjne i gospodarcze, a także dotychczasowi komendanci specjalnych osiedli. Zwłaszcza w północnych rejonach Rosji bez wątpienia chodziło jedynie o zatrzymanie w przedsiębiorstwach przemysłu leśnego licznej kadry nisko opłacanych robotników. Osobom decydującym się na pozostanie obiecywano szereg ulg i korzyści.

Znaczna część amnestionowanych specjalnych przesiedleńców decydowała się jednak na wyjazd. Motywy decyzji były złożone. Decydujący zapewne był aspekt materialny; wycieńczeni wielomiesięcznym pobytem i pracą w tajdze zesłańcy pragnęli wyjechać tam, gdzie - jak sądzili - mogli znaleźć lepsze warunki bytu. Niemniej istotny jednak w wielu wypadkach był czynnik psychologiczny. Dotychczasowe miejsca pobytu były postrzegane jako miejsca zniewolenia, poniżenia, a także i śmierci wielu bliskich.

Po uzyskaniu informacji o formowaniu armii polskiej część zesłańców chciała się udać tam, gdzie funkcjonowały jakieś namiastki polskiej władzy, gdzie można było liczyć na opiekę. Dotyczyło to zwłaszcza tych rodzin, które w trakcie zesłania utraciły swojego żywiciela, lub w których osoby dorosłe nie były już w stanie podołać ciężkiej pracy na wyrębie. Ze względu jednak na to, że w warunkach wojennych podróż taka była niezwykle uciążliwa i wymagała wielu koniecznych przygotowań, na południe w pierwszej kolejności ruszały osoby samotne, młodzi mężczyźni, ludzie najbardziej energiczni (stąd znaczny odpływ bieżeńców), w leśnych "posiołkach" natomiast zostawał "element słaby, niezdolny do pracy", rodziny obciążone większą liczbą dzieci, osoby starsze, chore, samotne kobiety z dziećmi.

Głównym kierunkiem migracji z północy były środkowoazjatyckie republiki ZSRR. Zesłańcami kierowała chęć dostania się z terenów leśnych o surowym klimacie do rejonów o klimacie łagodniejszym, cieplejszym, gdzie jak się wydawało mniejsze trudności nastręczałoby zdobycie żywności, gdzie brak czy niedostatek odzieży i butów nie dawałby się tak boleśnie we znaki. Tzw. bieżeńcy, głównie ludność żydowska, starali się osiedlić w miastach. Wynikało to z jej typowo miejskiego charakteru jak i specyfiki wykształcenia i zawodów. W miastach spodziewano się znaleźć łatwiejsze warunki życia i większe możliwości zatrudnienia zgodnie z posiadanymi kwalifikacjami. Wielu tzw. osadników i leśników, o ile nie udało się im dotrzeć do republik środkowoazjatyckich, starało się przenieść choćby tylko bardziej na południe od dotychczasowych siedzib: do regionów przylegających do republik azjatyckich czy nawet do południowych rejonów obwodu, do którego została wywieziona lub do obwodu graniczącego z nim od południa. Z biegiem czasu, po okresie zupełnej niemal swobody podróżowania i wyboru miejsca zamieszkania na jesieni 1941 r., władze radzieckie zahamowały odpływ zesłańców z północy, starając się zatrzymać ich m.in. w obwodach mołotowskim i kirowskim. Odpływająca z leśnych osad ludność polska kierowała się głównie na wieś, szukając nowego miejsca osiedlenia oraz pracy w kołchozach i sowchozach. W sprawozdaniach ambasady polskiej pisano, iż w niektórych obwodach "odbywa się żywiołowe przesuwanie się z rejonów leśnych do rej. rolniczych, do pracy w kołchozach, do której ludność polska jest przyzwyczajona, w której widzi możliwość lepszej egzystencji".

W osiedlach leśnych pozostała jedynie część ludności. Wpłynęło to na pewną poprawę warunków mieszkaniowych rodzin zesłańczych. Dysponowały one odtąd z reguły samodzielnymi pomieszczeniami, wspólne prycze zostały zlikwidowane. Dała się zauważyć także tendencja do przenoszenia się i skupiania w osiedlach uważanych za oferujące nieco lepsze warunki życia. Już jednak w 1942 i 1943 r. wystąpił swoisty odwrotny ruch migracyjny: do baraków w lesie ponownie trafiały rodziny zesłańców przenoszone z mniejszych miejscowości lub ze wsi, bowiem po żywiołowej ucieczce specjalnych przesiedleńców w 1941 r. w gospodarce leśnej istniał głęboki deficyt siły roboczej.

Ludność trafiająca do miejscowości w północnych obwodach ZSRR oraz do wsi kołchozowych wynajmowała najczęściej pomieszczenia u miejscowej ludności, niejednokrotnie uiszczając za nie wysokie opłaty. W wielu zauralskich miejscowościach powstały ogromne kłopoty lokalowe na skutek napływu tam znacznej liczby uciekinierów i ludności ewakuowanej z terenów zajętych przez Niemcy i ze strefy przyfrontowej. Ludność poszczególnych miast wzrosła w wyniku tego nawet 10-krotnie. W efekcie niejednokrotnie w jednej większej izbie mieszkało kilka rodzin - oprócz polskich również rosyjskie. Polacy mieszkali również w barakach przyzakładowych, a w Kraju Ałtajskim, gdzie w strefie stepowej istniały znaczne trudności ze zdobyciem drewna, także w ziemiankach i lepiankach z samanu, podobnie jak w Kazachstanie.

Zesłańcy, którzy dotarli do Uzbekistanu lub południowego Kazachstanu mieszkali najczęściej w lepiankach zbudowanych z gliny wzmacnianej niekiedy trzciną (kamyszem), nierzadko wymagających naprawy, by w minimalnym stopniu mogły spełniać funkcje mieszkania. Zdarzało się też - i to wcale nie wyjątkowo - iż domem Polaków stawały się pomieszczenia przeznaczone dla owiec itp. Owe uzbeckie lepianki miały zazwyczaj jedno małe okienko, do gotowania służył kociołek wmurowany w kącie pomieszczenia mieszkalnego. Sporadycznie zesłańcy trafiali do większych budynków mających poza pokojem mieszkalnym także kuchnię oraz piec chlebowy. W wielu miastach podstawowym typem budynków mieszkalnych były ziemianki, bardzo podobne do tych, w których mieszkali polscy zesłańcy w Kazachstanie od 1940 r. Swoistym paradoksem było - rzadkie co prawda - elektryczne oświetlenie takich prymitywnych pomieszczeń.

Sypiano albo na matach czy bawełnianej słomie rozścielonej bezpośrednio na klepisku, albo na drewnianych pryczach. W pierwszym okresie, ze względu na masowy napływ zesłańców, zmuszeni oni byli do zamieszkania po kilkanaście osób w jednej lepiance. W lecie bardzo często spano na dworze lub w tzw. czerdaku (zadaszonej konstrukcji ze ścianami z trzciny) pod namiotem z gazy (marli).

Największym problemem, oprócz stałych kłopotów z niedostatkiem wody i obfitością insektów, było zaopatrzenie w opał. Na ogół przy gotowaniu używano do palenia zbierane na polach wyschnięte krzaki "saksaułu" i bawełny, a w rejonach stepowych także burzanu.

Latem i jesienią 1944 r. ludność polska mieszkająca na terenach o najostrzejszym klimacie i w najgorszych warunkach została, dzięki staraniom ZPP, na mocy specjalnych uchwał RKL ZSRR przesiedlona do kilku europejskich obwodów Rosyjskiej FSRR oraz na obszary wschodniej i centralnej Ukrainy. Było to z pewnością przeniesienie na tereny o dogodniejszym, łagodniejszym klimacie. Osiedlenie w sowchozach i w osiedlach przy cukrowniach dawało większe szanse na zdobycie pożywienia. Jednak, z drugiej strony, ludność polska trafiała na obszary silnie zniszczone przez działania wojenne i wyeksploatowane w czasie okupacji niemieckiej. W efekcie czasami przesiedlenie wiązało się ze zmianą warunków mieszkaniowych na gorsze. Zdarzało się, że pierwsze kilka kilkanaście dni zesłańcy spędzali pod gołym niebem w oczekiwaniu na zakwaterowanie. Później ich locum stawały się znów - nieco już zapomniane - wielkie pomieszczenia wspólne, zajmowane nawet przez kilkadziesiąt osób. Także rachuby na poprawę warunków aprowizacyjnych nie zawsze w pierwszym momencie sprawdzały się.

Ludność polska przesiedlana na zachód ZSRR miała, zgodnie z radzieckimi zamierzeniami, zostać zatrudniona przede wszystkim w odbudowujących się sowchozach i cukrowniach. W zależności od miejsca, do którego trafiała, warunki lokalowe znacznie się różniły. Część przesiedlonych osadzono w domach miejscowej ludności, część trafiła do opuszczonych i zrujnowanych gospodarstw. Budynki mieszkalne były to, zwłaszcza we wschodnich obwodach Ukrainy, domy z kamieni spajanych gliną, mające klepisko zamiast podłogi. W większości zabudowań brakowało pieców do ogrzewania i gotowania, poza piecami chlebowymi, poważnym mankamentem był brak drzwi i szyb w oknach, przeciekające dachy. Polaków lokowano także często w pomieszczeniach zastępczych, doraźnie zaadaptowanych na izby mieszkalne. Powszechnym zjawiskiem było także przeludnienie. Zesłańcy mający często w poprzednim miejscu pobytu własne pomieszczenia dla rodziny, na Ukrainie i w zachodnich obwodach Rosji byli umieszczani po kilka rodzin - kilkanaście, a nawet do kilkudziesięciu osób - w jednej izbie.

W parze z niesprawnymi piecami występowały kłopoty z zaopatrzeniem w opał do gotowania oraz do ogrzewania na zimę. W piecach palono przede wszystkim burzanami, wyschniętymi łodygami słoneczników i kukurydzy czy pędami ziemniaków, ostem, trzciną, trawą, starymi pniami i korzeniami wykarczowanych drzew owocowych, niekiedy drewnem z drzew ściętych nielegalnie w parku, a gdzieniegdzie kiziakiem. Zgromadzone zapasy wyschniętych łodyg starczały jednak na bardzo krótko, toteż na przygotowanie opału poświęcać musiano wiele godzin po pracy i wolny czas w niedzielę. Jako opał używany był także piołun. Drażniący, specyficzny zapach wydzielający się podczas jego spalania, choć nieprzyjemny dla ludzi, przy okazji odstraszać miał pchły, jedną z najbardziej dokuczliwych plag. W niektórych miejscowościach znacznych kłopotów przysparzały szczury.

I tutaj w pomieszczeniach mieszkalnych z reguły brakowało podstawowych sprzętów. Nawet jeśli były jakieś łóżka nie było na nich sienników, czegokolwiek do przykrycia ani bielizny pościelowej, a przesiedleni także najczęściej ich nie mieli. Na noc okrywano się zatem odzieżą noszoną w dzień. Wielkim problemem, na ogół nie znanym w osiedlach syberyjskich i w północnoeuropejskich obwodach Związku Radzieckiego, był dotkliwy brak wody w lecie. Najczęściej wodę czerpano z rzek, oddalonych nawet o kilka kilometrów od miejsca zamieszkania. Dowożoną wodę wydzielano w niewielkich ilościach. Wpływało to, obok braku mydła, na niedostateczny poziom higieny i pogarszanie się stanu zdrowia zesłańców.

Tylko nieliczne relacje zawierają informacje, iż w niektórych miejscach warunki mieszkaniowe miały być znacznie lepsze od przeciętnych. Np. w cukrowni w Czerkasach na zesłańców oczekiwały odnowione i odmalowane piętrowe budynki mieszkalne z oświetleniem elektrycznym, z wystarczającą liczbą łóżek w salach mieszczących po 25-29 osób.

Warunki mieszkaniowe z całą pewnością należały do znaczących czynników determinujących położenie Polaków deportowanych w głąb ZSRR. Rozpatrując to zagadnienie nawet tylko w wąskim zakresie fizycznego miejsca do spania, gotowania i wykonywania innych niezbędnych czynności, należy stwierdzić, iż w całym omawianym okresie warunki te były złe. Oczywiście, część zesłańców po pewnym czasie i przy sporym wysiłku potrafiła osiągnąć w tym zakresie pewne minimum przestrzeni do życia. Na ogół jednak standard kwater pod względem zagęszczenia, wyposażenia, stanu sanitarnego itp. pozostawał nadal wysoce niezadowalający, rażąco odbiegając od poziomu, do jakiego Polacy przywykli w rodzinnym kraju. Wspólne zamieszkiwanie w barakach w osiedlach specjalnych, czy także później w osadach przyfabrycznych, gnieżdżenie się razem z ludnością tubylczą, o odmiennych nawykach kulturowych, w jej pomieszczeniach - wszystko to odzierało mieszkanie z jego niezwykle istotnych funkcji przestrzeni kształtowania się więzi rodzinnych, związków z najbliższymi, schronienia przed obcym. Mieszkanie w tych warunkach nie dawało i dać nie mogło poczucia bezpieczeństwa i intymności, było co najwyżej kwaterą, ale nie domem.